Bliski Wschód wrze, F1 obserwuje. Co dalej z kwietniowymi rundami Grand Prix?
Eskalacja konfliktu między Iranem a USA i Izraelem stawia pod znakiem zapytania bezpieczeństwo nadchodzących rund Grand Prix Formuły 1. Choć do wyścigów w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej zostało jeszcze kilka tygodni, chaos logistyczny już teraz uderzył w inaugurację sezonu w Australii, zmuszając setki pracowników ekip do intensywnego poszukiwania możliwych nowych tras przelotu.
Sytuacja geopolityczna w regionie Zatoki Perskiej stała się krytyczna po serii ataków rakietowych i dronowych. Iran w ramach odwetu za wspólne działania militarne Stanów Zjednoczonych i Izraela obrał za cel bazy wojskowe w krajach organizujących Grand Prix Formuły 1, w tym obiekty w Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Bahrajnie. Szczególny niepokój budzi fakt, że uderzenia w rejonie Juffair w Manamie miały miejsce zaledwie kilka kilometrów od hoteli i infrastruktury wykorzystywanej przez personel F1. W konsekwencji firma Pirelli w trybie natychmiastowym odwołała dwudniowe testy deszczowego ogumienia, które miały odbyć się na torze Sakhir z udziałem zespołów McLarena i Mercedesa.
Ewakuacja personelu i paraliż nieba
Najważniejszym priorytetem dla ekip przebywających na Bliskim Wschodzie stało się zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom. Przedstawiciele Pirelli potwierdzili, że ich personel został poinstruowany, by nie opuszczać hoteli do czasu zorganizowania bezpiecznego transportu do Europy lub bezpośrednio do Australii. Zadanie to jest jednak wyjątkowo trudne ze względu na czasowe zamknięcie przestrzeni powietrznej nad Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i zakłócenia w ruchu nad Katarem. Dubaj, Abu Zabi i Doha są bowiem tradycyjnymi węzłami przesiadkowymi dla świata Formuły 1, a dynamiczna sytuacja wymusiła na około tysiącu członków personelu F1, F2 i F3 natychmiastową zmianę planów podróży.
Chaos komunikacyjny zbiega się w czasie z ostatnimi przygotowaniami do Grand Prix Australii, które ma otworzyć sezon już 8 marca. Travis Auld, dyrektor zarządzający Australian Grand Prix Corporation, uspokaja, że bolidy i niezbędny sprzęt dotarły już do Melbourne, ponieważ zostały wysłane drogą morską bezpośrednio po przedsezonowych testach. Problemem pozostają jednak przeloty ekip F1. Choć inżynierowie i kierowcy mają priorytet w rezerwacji alternatywnych lotów omijających strefę konfliktu, istnieje realne ryzyko, że część personelu pomocniczego nie dotrze na tor Albert Park przed rozpoczęciem pierwszych sesji treningowych.
Niepewna przyszłość kwietniowych rund
O ile inauguracja Grand Prix Formuły 1 w Australii wydaje się niezagrożona od strony militarnej, o tyle powrót F1 na Bliski Wschód w kwietniu pozostaje jedną wielką niewiadomą. Kalendarz zakłada, że po wyścigach w Chinach i Japonii, kierowcy mają pojawić się w Bahrajnie (12 kwietnia) oraz tydzień później w Arabii Saudyjskiej. Oficjalne stanowisko władz Formuły 1 nie jest na ten moment jasne. Przedstawiciele serii podkreślają, że do tych rund pozostało jeszcze ponad pięć tygodni, co daje czas na obserwację dynamiki konfliktu. Zapewniają jednocześnie o stałym kontakcie z lokalnymi władzami i monitorowaniu poziomu bezpieczeństwa.
Historia pokazuje jednak, że Formuła 1 potrafi reagować na polityczne wstrząsy. W 2011 roku napięcia społeczne w Bahrajnie doprowadziły do odwołania wyścigu, natomiast w 2022 roku w Arabii Saudyjskiej doszło do ataku rakietowego na pobliskie składy paliw koncernu Aramco w trakcie trwania weekendu wyścigowego. Wtedy zdecydowano się kontynuować rywalizację, ale obecna skala konfliktu, angażująca mocarstwa i systemy obrony przeciwlotniczej w całym regionie, może zmusić FIA i FOM do znacznie bardziej drastycznych kroków.
Na ten moment środowisko Formuły 1 z niepokojem wyczekuje sygnałów o deeskalacji konfliktu, podczas gdy zespoły przygotowują scenariusze awaryjne na wypadek nagłej konieczności zmiany kalendarza na sezon 2026.