Koniec tanich samochodów? Chiny wprowadzają regulacje, które uderzą w europejskich kierowców
To oficjalny koniec ery ekstremalnie tanich aut, która przez ostatnie lata trzęsła światową motoryzacją. Chiny wydały właśnie przełomowe rozporządzenie, które kategorycznie zakazuje producentom sprzedaży pojazdów poniżej całkowitych kosztów produkcji. Ruch ten ma powstrzymać wyniszczającą walkę o klienta, która doprowadziła setki firm na skraj bankructwa i zaczęła zagrażać stabilności globalnego łańcucha dostaw.
Decyzja Państwowej Administracji ds. Regulacji Rynku (SAMR), ogłoszona w czwartek 12 lutego 2026 roku, to najsilniejszy do tej pory cios wymierzony w zjawisko znane jako "neijuan" – nieokiełznaną konkurencję, w której firmy tną ceny bez opamiętania, aby przetrwać kolejny miesiąc. Od teraz cena samochodu musi pokrywać nie tylko koszt blachy i baterii, ale także wydatki na marketing, administrację oraz obsługę finansową. Dla kierowców to z kolei sygnał, że nadchodzi czas wielkich podwyżek.
Koniec z taniochą kosztem firm
Przez ostatnie lata chiński rynek przypominał pole bitwy. Choć kierowcy cieszyli się z niewiarygodnie niskich cen, to cena tej zabawy okazała się dla branży zabójcza. Aż 55% dealerów samochodowych w Chinach zanotowało straty w trzecim kwartale 2025 roku, a mniejsze marki, takie jak HiPhi, WM Motor czy Evergrande Auto po prostu zniknęły z rynku. Nawet rynkowy gigant BYD, który zdetronizował Teslę pod względem sprzedaży aut elektrycznych, zaczął odczuwać skutki cenowego szaleństwa – jego zyski w trzecim kwartale ubiegłego roku spadły o 30%.
Chiny uznały, że kontynuowanie takiej strategii zniszczy całą gospodarkę. Nowe prawo uderza nie tylko w same ceny katalogowe, ale również w nieuczciwe praktyki zakulisowe. Zakazano zmów cenowych między producentami a dostawcami oraz brutalnego naciskania na dealerów, by sprzedawali auta ze stratą w zamian za niepewne bonusy. Nadchodzi więc względna normalność tam, gdzie do tej pory rządził chaos za wszelką cenę.
Co tak naprawdę oznacza "koszt"?
Najważniejszą zmianą w nowych regulacjach jest sposób liczenia progu opłacalności. Chińscy urzędnicy zamknęli lukę prawną, która pozwalała producentom twierdzić, że sprzedają auto "z zyskiem", bo brali pod uwagę jedynie koszt części i montażu. Teraz definicja kosztu całkowitego obejmie wynagrodzenia pracowników administracyjnych, koszty wynajmu biur, odsetki od kredytów, a nawet gigantyczne budżety reklamowe.
To oznacza spory problem dla chińskich marek. Systemy monitorowania platform sprzedażowych online będą teraz w czasie rzeczywistym wysyłać alarmy do regulatorów, gdy tylko algorytm wykryje podejrzanie niską cenę. Każdy taki alert to ryzyko natychmiastowej kontroli i gigantycznych kar, co ma skutecznie zniechęcić producentów do omijania nowych zasad.
Koniec z ukrytymi subskrypcjami
Nowe przepisy to również ogromne zwycięstwo dla konsumentów w starciu z nowoczesną technologią. Chiny wypowiedziały wojnę praktyce wycinania funkcji z samochodu po jego zakupie. Od teraz producenci nie mogą przekształcać darmowych na starcie funkcji w płatne subskrypcje, jeśli nie zostało to wyraźnie zaznaczone w momencie podpisywania umowy. To z kolei oznacza koniec z niespodziankami typu abonament za grzane fotele, które stały się zmorą kierowców.
Czy zapłacimy więcej w Europie?
Choć nowe prawo dotyczy bezpośrednio rynku chińskiego, jego skutki odczujemy prawdopodobnie również w Polsce. Chiny są obecnie największym eksporterem samochodów na świecie, a ich niska cena w Europie wynikała w dużej mierze z ogromnej skali i agresywnego dumpingu na rodzimym rynku. W praktyce dla kierowców oznacza to, że podwyżki cen chińskich aut są nieuniknione. W konsekwencji producenci europejscy mogą oferować droższe modele, wiedząc, że agresywna wycena aut z Chin staje się przeszłością.