Mandat z OPP? Niekoniecznie. Kierowcy mają legalne sposoby na system
W 2025 roku żółte kamery "ustrzeliły" ponad 400 tysięcy kierowców. Jednak sprytni zmotoryzowani znaleźli luki w systemie. Okazuje się, że jeden guzik w samochodzie lub wizyta na stacji wystarczy, aby system zgłupiał. O co chodzi?
Odcinkowy Pomiar Prędkości (OPP) to postrach polskich dróg. W przeciwieństwie do fotoradaru, nie wystarczy tu zwolnić „na chwilę”. System wylicza średnią prędkość na długim dystansie. Wydaje się, że nie da się tego oszukać. Kierowcy mają jednak swoje sposoby – od wykorzystania "dziur" w infrastrukturze, po prosty manewr, o którym wielu zapomina.
Sposób nr 1: Metoda na "znikający punkt"
Okazuje się, że systemy OPP wcale nie są tak szczelne, jak mogłoby się wydawać. Mechanizm ich działania opiera się na prostym schemacie: kamera na wjeździe rejestruje pojazd, a kamera na wyjeździe zamyka pętlę pomiarową. System dzieli dystans przez czas i wystawia rachunek. Cały ten plan nie wypali wtedy, gdy kierowca nigdy nie dojedzie do drugiej kamery.
Na wielu trasach, takich jak warszawska S2 czy S8 w okolicach Marek, między bramkami pomiarowymi znajdują się w pełni funkcjonalne węzły drogowe i zjazdy. Jeśli zjedziesz z monitorowanej trasy przed końcem odcinka, pętla pomiarowa nie zostanie zamknięta. Komputer nie otrzyma kompletu danych do wyliczenia średniej prędkości, co w praktyce oznacza, że mandatu po prostu nie będzie.
Sposób nr 2: Kawa, która ratuje zapominalskich
Kolejna metoda sprawdza się w sytuacjach awaryjnych, gdy zdarzyło Ci się zagapić i wjechać na odcinek pomiarowy ze zbyt dużą prędkością. Skoro OPP wylicza średnią, to szybki początek trasy można zniwelować na jej końcówce. Nie chodzi tu jednak o zachętę do szybkiej jazdy, a o "ostudzenie emocji". Najbezpieczniejszą metodą jest w tym przypadku zjazd na stację paliw lub do Miejsca Obsługi Podróżnych (MOP), które często są zlokalizowane wewnątrz mierzonych odcinków.
Kilkuminutowy postój na kawę czy hot-doga sprawi, że całkowity czas przejazdu się wydłuży, a średnia prędkość spadnie do bezpiecznego poziomu. Należy jednak pamiętać, że fizyki nie da się oszukać – nawet jeśli system nie wystawi mandatu, jazda z nadmierną prędkością przed postojem stwarza realne zagrożenie życia. Co ważne, pod żadnym pozorem nie wolno próbować "zbijania czasu" poprzez zatrzymywanie się na pasie awaryjnym. Takie zachowanie jest skrajnie niebezpieczne i grozi mandatem z zupełnie innego paragrafu.
Sposób nr 3: "Jeden guzik", który rozwiązuje cały problem
Choć brzmi to banalnie, to właśnie ten sposób jest obecnie hitem na najdłuższych odcinkach. Zamiast nerwowo zerkać na licznik, Polacy masowo przepraszają się z tempomatem. Jest to szczególnie istotne w obliczu uruchomienia przez GITD rekordowego, gigantycznego odcinka pomiarowego na autostradzie A2 między węzłem Mińsk Mazowiecki a Janowem.
Jak podaje serwis Dziennik.pl, parametry tego odcinka nie wybaczą kierowcom najmniejszych błędów. Mówimy tu o dystansie wynoszącym aż 17,4 km, na którym obowiązuje standardowy limit autostradowy 140 km/h. Według wyliczeń przytaczanych przez Dziennik.pl, aby przejechać ten fragment zgodnie z przepisami i uniknąć kary, kierowca nie może pojawić się na bramce końcowej wcześniej niż po upływie 7 minut i 27 sekund. Każdy wynik poniżej tego czasu oznacza pewny mandat, dlatego ustawienie stałej prędkości jest tu najrozsądniejszym rozwiązaniem.
Czy warto ryzykować?
OPP nie wybacza. Przekroczenie prędkości o 10 km/h zazwyczaj uchodzi płazem dzięki tolerancji błędu urządzeń, ale powyżej 11 km/h system nie ma już skrupułów. Jadąc 150 km/h na nowym odcinku A2, zaoszczędzisz zaledwie kilkanaście sekund, a ryzykujesz utratę 15 punktów karnych i widmo recydywy.
Najlepszy trik na OPP to po prostu włączenie ulubionej muzyki i pozwolenie żółtym kamerom na obserwowanie Twojej przepisowej jazdy.