Systemowy błąd czy surowość egzaminatorów? Gigantyczne rozbieżności w wynikach egzaminów na prawo jazdy
Płacisz za kurs kilka tysięcy złotych, spędzasz dziesiątki godzin za kółkiem, a na samym końcu o Twojej przyszłości decyduje statystyka, która daje ci zaledwie 3% szansy na sukces. Najnowsze dane z polskich WORD-ów pokazują, że nierzadko o zdobyciu uprawnień do kierowania pojazdami decyduje nie wiedza kandydata, a to, kto siedzi na fotelu pasażera z arkuszem egzaminacyjnym. To z kolei budzi pytania o obiektywizm egzaminatorów i dyskusję o braku jednolitych standardów oceniania.
Sytuacja w Wojewódzkich Ośrodkach Ruchu Drogowego, szczególnie w Łodzi i Piotrkowie Trybunalskim, stała się tematem gorącej dyskusji po ujawnieniu szczegółowych informacji dotyczących zdawalności. Dane, do których dotarł Andrzej Łapa, instruktor nauki jazdy, wskazują na ogromne różnice w podejściu egzaminatorów do kursantów. W Piotrkowie Trybunalskim na 891 przeprowadzonych egzaminów pozytywny wynik uzyskało zaledwie 31 osób. Tak niska skuteczność, wynosząca około 3,5%, stoi w rażącej sprzeczności z wynikami innych pracowników tego samego WORD-u, u których na "prawko" zdaje nawet co drugi kandydat. Dla porównania, w Ostrołęce zdawalność sięga prawie 56%, a w Elblągu czy Krakowie oscyluje ona w granicach 27-29%.
Skrajność w łódzkich ośrodkach i wadliwy system
Piotrków Trybunalski i Łódź stały się punktami na mapie Polski, które niechlubnie mogą "pochwalić" się najbardziej niepokojącymi statystykami zdawalności. Oprócz wspomnianego rekordzisty, w regionie pracują inni egzaminatorzy z wynikami rzędu 5-8%. Skala zjawiska jest na tyle duża, że trudno tłumaczyć ją wyłącznie brakiem umiejętności kursantów.
– Błąd tkwi w samym systemie, bo nie ma w ogóle czegoś takiego jak standaryzacja oceny przez egzaminatorów – mówi Andrzej Łapa, instruktor nauki jazdy i działacz społeczny, który od lat monitoruje system szkolenia i egzaminowania.
Zdaniem instruktorów, brak jasnych wytycznych sprawia, że ta sama sytuacja na drodze może zostać uznana za błąd krytyczny – który grozi natychmiastowym przerwaniem egzaminu – lub za drobne uchybienie, zależne od subiektywnej interpretacji osoby egzaminującej.
Kolejnym elementem blokującym kursantów jest plac manewrowy. Choć większość krajów Unii Europejskiej zrezygnowała już z tej formy testowania na rzecz realnego ruchu drogowego, w Polsce plac manewrowy dalej odpowiada za eliminację niemal połowy kandydatów w niektórych ośrodkach. W samym tylko Piotrkowie u jednego z surowych egzaminatorów aż 471 osób nie zdołało w ogóle wyjechać na miasto. Ministerstwo Infrastruktury, opierając się na nowych analizach, rozważa obecnie nowelizację przepisów, która mogłaby całkowicie usunąć ten etap z egzaminu państwowego.
Między procedurą a zdrowym rozsądkiem
Przedstawiciele WORD-ów bronią statystyk, argumentując, że egzaminatorzy działają w oparciu o sztywne rozporządzenia. Michał Gogolewski, dyrektor WORD w Łodzi, porównuje tę pracę do działań "drogówki":
– Jedni bardziej szczegółowo patrzą na pewne aspekty, drudzy mniej. Podobnie jak z policjantem, który nas zatrzyma. Jeden będzie twierdził, że już wymagane są światła mijania, a drugi uzna, że jeszcze do jazdy dziennej mogą być – mówi Michał Gogolewski, dyrektor WORD w Łodzi.
Taka autonomia w interpretacji przepisów sprawia jednak, że kursant staje przed wyzwaniem nie tylko technicznym, ale i psychologicznym, czując się – jak relacjonują niektórzy – jak na przesłuchaniu.
Problem ten ma również wymiar ekonomiczny. Przy koszcie egzaminu poprawkowego, który wynosi 230 zł i kursach podstawowych sięgających 4 tysięcy złotych, każda nieudana próba drastycznie obciąża portfel młodych kierowców. Eksperci wskazują, że w Niemczech zdawalność prawa jazdy sięga 70%, co wcale nie przekłada się na mniejsze bezpieczeństwo na drogach. W Polsce restrykcyjność systemu nie zawsze idzie w parze z jakością przygotowania młodych kierowców do jazdy na drogach publicznych, co skłania Ministerstwo Infrastruktury do szukania nowych rozwiązań, które ukrócą nadmierną uznaniowość podczas egzaminów państwowych.