To już oficjalne: unijna rewolucja w cenach paliw ma datę. Pożegnajcie tanią benzynę i diesla
Większość z nas przyzwyczaiła się już do zawirowań cen, które widzimy na pylonach. Jednak prawdziwe uderzenie w portfele kierowców ma dopiero nadejść i ma już konkretną datę. Nowe unijne regulacje sprawią, że dzisiejsze 6,50 zł za litr benzyny będziemy wspominać z łezką w oku, bo nadchodzący podatek zmieni lanie paliwa w wydatek porównywalny do zakupu elektroniki.
System ETS2, który ma objąć transport drogowy od 1 stycznia 2028 roku, sprawi, że do każdego litra paliwa doliczana będzie systematycznie rosnąca opłata. W najczarniejszym scenariuszu, zakładającym brak gwałtownej zmiany technologicznej w naszych garażach, cena oleju napędowego może wzrosnąć o ponad 6 zł, a benzyny o 5 zł względem dzisiejszych stawek. Witamy w nowej, unijnej rzeczywistości.
Mechanizm ETS2, czyli nowy unijny podatek w praktyce
System handlu emisjami dotychczas był kojarzony z ciężkim przemysłem i energetyką. Unia Europejska zdecydowała jednak, że czas włączyć w ten mechanizm również budynki i transport drogowy. Nowa odsłona przepisów zacznie obowiązywać już od 1 stycznia 2028 roku. W przeciwieństwie do poprzednich regulacji, tym razem koszt emisji dwutlenku węgla zostanie przerzucony bezpośrednio na dostawców paliw, którzy – co oczywiste – wliczą go w cenę końcową dla kierowców.
Co ważne, nowa opłata nie będzie stałym podatkiem, a wartością zależną od cen uprawnień do emisji na giełdach. Eksperci, w tym Wanda Buk oraz Marcin Izdebski w swoim najnowszym raporcie, alarmują, że koszty te będą rosnąć skokowo. Co gorsza, unijna danina stanie się podstawą do naliczenia podatku VAT, co stworzy efekt "podatku od podatku". Według prognoz BloombergNEF, ceny uprawnień mogą osiągnąć pułap 100 euro za tonę już w 2027 roku, by w kolejnych latach piąć się jeszcze wyżej, dobijając do 122 euro w roku 2030.
Pierwsze uderzenie poczujemy już za kilka lat
Mimo że najbardziej drastyczny scenariusz dotyczy relatywnie odległej perspektywy, to pierwsze symptomy drożyzny odczujemy niemal od razu po uruchomieniu ETS2. Wstępne wyliczenia dla okresu do 2030 roku pokazują, że benzyna Pb95 może zdrożeć o około 54 grosze na litrze, a olej napędowy o 65 groszy. Właściciele samochodów z instalacją LPG również nie mogą spać spokojnie, ponieważ autogaz prawdopodobnie podrożeje o blisko 40 groszy na litrze. To jednak tylko rozgrzewka przed tym, co nieuniknione.
Z każdym kolejnym rokiem dostępność darmowych uprawnień będzie malała, co zmusi koncerny paliwowe do zakupów na wolnym rynku. Patrząc w stronę roku 2055, analitycy kreślą scenariusz, w którym dodatkowy koszt wynikający tylko i wyłącznie z polityki klimatycznej wyniesie 5,10 zł dla benzyny i aż 6,12 zł dla oleju napędowego. W takim układzie tankowanie przeciętnego auta kompaktowego do pełna będzie wiązało się z wydatkiem rzędu kilkuset złotych więcej niż obecnie, a standardem stanie się cena 11-12 zł za benzynę Pb95 i ponad 13 zł za diesla.
Ile to nas faktycznie będzie kosztować rocznie?
Przy założeniu umiarkowanego przebiegu na poziomie 10 tysięcy kilometrów rocznie, co jest standardem dla wielu miejskich kierowców, nowe wydatki stają się wręcz porażające. W 2055 roku właściciel auta benzynowego, które zużywa średnio 7,5 l/100 km, będzie musiał zapłacić dodatkowe 3844 złote rocznie tylko na samą opłatę emisyjną. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja fanów silników diesla, gdzie roczny koszt wzrośnie o ponad 4400 złotych.
Nawet oszczędne LPG nie uchroni nas przed ogromnymi wydatkami, generując ponad 3600 złotych dodatkowego kosztu każdego roku. Polski rząd co prawda zapowiada uruchomienie mechanizmów osłonowych w ramach Społecznego Funduszu Klimatycznego, jednak eksperci są sceptyczni, czy te środki wystarczą na zrekompensowanie tak ogromnego wzrostu kosztów życia.
Wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących latach jazda samochodem spalinowym stanie się prawdziwym luksusem, na który będzie mogła sobie pozwolić niewielka część społeczeństwa.