Zarabiał krocie na naiwności i strachu kierowców. Teraz „Rondziarz” z Warszawy może trafić za kratki!
Przez miesiące śmiał się w twarz poszkodowanym kierowcom i gromadził tysiące złotych za ustawione stłuczki. Jednak dobra passa dobrze znanego warszawskiego "Rondziarza" właśnie się kończy. Minister Sprawiedliwości Waldemar Żurek nie przebiera w słowach i zapowiada podjęcie odpowiednich kroków.
Czy srebrny Ford Focus na wieluńskich tablicach wreszcie zniknie z ulic Warszawy? Wygląda na to, że parasol ochronny nad "królem stłuczek" właśnie został złożony. Do tej pory kierowca czuł się niemal nietykalny, wykorzystując luki w prawie i bierność systemu. Każda jego kolizja była traktowana przez policję jako odrębne, niezależne zdarzenie drogowe, w którym formalnie wina leżała po stronie drugiego uczestnika. Teraz, te „przypadkowe” stłuczki mają zostać połączone w jedną całość, co pozwoli potraktować działalność kierowcy z tablicami EWI nie jako serię wykroczeń, ale jako zorganizowany proceder wyłudzania pieniędzy.
Polowanie na „jelenia” – jak działał warszawski postrach kierowców?
Schemat, o którym od dawna huczy internet i grupy kierowców, był niemal zawsze taki sam. Srebrny Ford Focus (a według niektórych ustaleń – nawet dwa niemal identyczne auta) krążył po Woli, Ochocie, Śródmieściu czy Włochach. Jego głównym celem były ronda wielopasmowe i skomplikowane skrzyżowania. Według relacji poszkodowanych i ustaleń dziennikarzy, „Rondziarz” nie liczył na przypadek. Działał z premedytacją, wybierając na swoje ofiary osoby, które na drodze wydawały się najsłabszym ogniwem. Na celowniku znajdowały się kobiety, kierowcy jadący niepewnie oraz obcokrajowcy prowadzący pojazdy w ramach aplikacji przewozowych typu Uber czy Bolt.
Mechanizm był zawsze ten sam: wykorzystanie martwego pola, gwałtowne przyspieszenie lub hamowanie w taki sposób, by doprowadzić do kolizji, w której wina – w świetle przepisów ruchu drogowego – spadała na drugiego kierowcę.
Tuż po zderzeniu rozpoczynała się gra psychologiczna. Mężczyzna unikał wzywania policji jak ognia, strasząc ofiary wielogodzinnym oczekiwaniem na patrol i wysokimi mandatami. Zamiast tego oferował „szybkie załatwienie sprawy” za gotówkę.
Stawki wahały się zazwyczaj od 800 do 1500 złotych płatnych do ręki. Jeśli zestresowany kierowca nie miał przy sobie pieniędzy, spisywano oświadczenie, które później służyło do wyciągnięcia odszkodowania od ubezpieczyciela. Szacuje się, że ten proceder mógł przynosić „przedsiębiorczemu” kierowcy nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych tygodniowo.
Minister Żurek wkracza do gry i zmienia zasady
Bezkarność kierowcy, który z przepisów ruchu drogowego uczynił maszynkę do zarabiania pieniędzy, dobiegła końca. Podczas konferencji prasowej Prokurator Generalny i Minister Sprawiedliwości Waldemar Żurek został zapytany wprost o działalność stołecznego „Rondziarza”. Minister zapowiedział, że prokuratura przestanie biernie przyglądać się temu procederowi i zacznie aktywnie włączać się nawet do spraw cywilnych dotyczących tego typu kolizji. Celem jest uświadomienie sądom, że w takich przypadkach nie mamy do czynienia ze zwykłą szkodą komunikacyjną, ale z celowym działaniem nastawionym na zysk.
Słowa ministra oznaczają rewolucję w podejściu do takich spraw. Żurek podkreślił, że kluczem do sukcesu będzie zabezpieczanie nagrań z wideorejestratorów i monitoringu miejskiego, zanim zostaną nadpisane. Jeśli materiał dowodowy wykaże celowość działania – czyli tak zwane nadużycie prawa – sprawca może usłyszeć zarzuty karne za wyłudzenie, co jest przestępstwem, a nie wykroczeniem. To drastycznie zmienia sytuację prawną kierowcy Forda, któremu do tej pory groziły co najwyżej mandaty lub odmowa wypłaty odszkodowania. Teraz na szali leży jego wolność.
Detektywi i internauci już go mają na widelcu
Sprawa jest o tyle bulwersująca, że o wyczynach „Rondziarza” wiadomo nie od dziś. Tematem od dawna interesują się media, w tym program "Uwaga!" TVN, a także prywatni detektywi wynajmowani przez firmy ubezpieczeniowe. Z ich ustaleń wyłania się obraz człowieka, który z kolizji uczynił sobie stałe źródło dochodu pozwalające na wystawne życie i zagraniczne podróże. W ciągu zaledwie jednego roku mężczyzna miał brać udział w co najmniej kilkunastu zdarzeniach drogowych, w których niemal zawsze występował w roli poszkodowanego. Co ciekawe, świadkowie relacjonują, że gdy ofiara upierała się przy wezwaniu policji, „Rondziarz” potrafił symulować obrażenia ciała, by wywrzeć dodatkową presję, lub nagle „mięknąć” i drastycznie obniżać żądaną kwotę, byle tylko uniknąć spotkania z mundurowymi.
Ministerstwo Sprawiedliwości analizuje obecnie, czy obowiązujące przepisy są wystarczające do walki z takimi patologiami, czy też konieczne będą zmiany legislacyjne.
Dla warszawskich kierowców płynie z tego jeden wniosek – w przypadku podejrzanej stłuczki pod żadnym pozorem nie należy płacić gotówką na miejscu. Wezwanie policji, nawet mimo długiego czasu oczekiwania, jest teraz najskuteczniejszą bronią przeciwko naciągaczom, którym obecnie patrzy na ręce sam Prokurator Generalny.