Pic na wodę, czyli jak tanim kosztem wzbudzić zazdrość u sąsiada
Któż z nas, choć przez chwilę nie chciał czuć na sobie zazdrosnych spojrzeń sąsiadów? Któż z nas, choć przez chwilę nie chciał być jak książę poszukujący żony na wytwornym balu? O ile nie każdemu ze współczesnych mężczyzn śpieszy się do poszukiwania wybranki serca, o tyle każdy marzy o świetnym samochodzie. Co jednak w wypadku, kiedy brutalne realia zabijają marzenia?
Pierwszym i najczęściej stosowanym rozwiązaniem przez naszych rodaków jest tak zwany substytut i wewnętrzne zadośćuczynienie. Galopująca technika motoryzacyjna sprawiła, że luksusowe samochody sprzed dwudziestu lat można dziś nabyć za bardzo niewielkie pieniądze. Doskonałym przykładem mogą być chociażby Mercedesy i „Beemki", które zawsze tłumnie gromadzą się w soboty pod okolicznymi klubami i remizami. Weźmy pod lupę, jednak modele rzadsze i bardziej „zacne", jak chociażby Rolls – Royce. Model Silver Shadow z 1979 roku z kierownicą po „europejskiej" stronie znaleźć już można za trzydzieści tysięcy złotych. Wnętrze nie powala, ale Rolls, to Rolls. W tej samej cenie możemy znaleźć modele w znacznie lepszym stanie, jednak warunkiem jest umiejętność zmiany biegów lewą ręką… Jeśli i to jest za dużym wydatkiem, to zaledwie połowa tej ceny wystarczy na świętującego w tym roku pełnoletniość Leksusa LS 400. Obiekt westchnień biznesmenów lat dziewięćdziesiątych jest dziś na wyciągnięcie ręki dla ich dzieci. Ci, dla, których pięcioosobowa limuzyna, to niewystarczający powód do „szpanu" sięgnąć mogą po dziewięciometrowego białego Lincolna Town Car. Limuzyna „pełną gębą" jest dostępna już od czterdziestu pięciu tysięcy złotych. Co znajdziemy w środku? Wszystko to ca znajdywał Blake Carrington w kultowej „Dynastii", czyli telewizor, radio, w pełni wyposażony barek, skórzany sufit i fotele…
|
|
Co jednak, jeśli bardziej niż nad dostojnym podjechaniem pod Kościół, szkołę, czy pracę zależy nam na zostawieniu sąsiada w kłębach dymu? Szukający w samochodach sportowego ducha już za trzydzieści pięć tysięcy złotych mogą „śmigać" trzystusześćdziesięciokonnym Chevroletem Corvette - tym samym, którym „bandzior" ośmieszał fajtłapowatego policjanta w filmie „Mistrz kierownicy ucieka".
Polacy mają jednak to do siebie, że zależności jakość – cena jest dla nich trudna do zrozumienia. Nie wierzyli i nie wierzą, że aby jeździć Ferrari trzeba wydać tyle, co za kawalerkę w stolicy. Mieli i mają zupełną rację!. No, może nie całkowitą, ale jednak rację. To właśnie z myślą o nich powstają firmy i warsztaty budujące repliki. Gazety motoryzacyjne i serwisy internetowe roją się od ofert zbudowania Lamborghini Murcielago, czy Ferrari F50 już za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Budowane na bazie Toyoty, Audi, czy Opla zyskują kształty do złudzenia przypominające oryginał. Zdradzić może tylko dźwięk i moc silnika. Czy jednak dowartościowanie nie jest warte ryzyka?