Złodzieje polują na ładowarki aut elektrycznych. Jeden kabel kosztuje 15 tys. zł
Kradzież kabla może wyłączyć szybką ładowarkę na wiele dni, choć złodziej odzyska z niego miedź wartą najwyżej kilkaset złotych. Według szacunków Powerdot takie przypadki mogły dotknąć już około 10 proc. stacji należących do różnych operatorów w Polsce. Dla kierowców oznacza to nie tylko niedostępne urządzenie, ale też konieczność znalezienia innego punktu i często zmiany zaplanowanej trasy.
Problem kradzieży przewodów z ładowarek samochodów elektrycznych przestaje być pojedynczym incydentem. Operatorzy infrastruktury muszą mierzyć się nie tylko z awariami urządzeń, ale również z celowym niszczeniem elementów, bez których szybkie ładowanie nie jest możliwe.
Około 10 proc. stacji mogło paść ofiarą kradzieży
Powerdot szacuje, że kradzieże przewodów mogły dotknąć około 10 proc. stacji różnych operatorów w Polsce. Nie jest to jednak oficjalna ogólnopolska statystyka policji ani administracji publicznej, lecz szacunek firmy działającej na rynku infrastruktury ładowania.
Każda taka kradzież oznacza dla operatora konieczność wyłączenia urządzenia z użytkowania i organizacji naprawy. Kierowca, który przyjeżdża na miejsce z rozładowującym się samochodem, może więc zastać sprawną technicznie ładowarkę, która nie nadaje się do użycia z powodu braku przewodu.
Problem był widoczny między innymi we Wrocławiu, gdzie dochodziło do kradzieży kabli z ładowarek. Skala wskazywana przez Powerdot sugeruje, że nie chodzi już wyłącznie o pojedyncze przypadki, ale o problem, który może wymagać dodatkowych zabezpieczeń infrastruktury.
Przeczytaj: To Mitsubishi tylko z nazwy. Nowy elektryk może być ważny także dla Polski
Nowy kabel kosztuje około 15 tys. zł
Największe zaskoczenie przynosi porównanie wartości łupu z kosztami ponoszonymi przez operatora. Miedź odzyskana z przewodu może być warta najwyżej kilkaset złotych, podczas gdy nowy kabel CCS do szybkiej ładowarki kosztuje według Powerdot około 15 tys. zł.
Na zakupie nowego przewodu koszty się jednak nie kończą. Operator musi również zapłacić za serwis, dojazd techników i montaż. Przez czas naprawy ładowarka pozostaje wyłączona, co dodatkowo ogranicza dostępność infrastruktury dla kierowców.
Bilans takich kradzieży jest więc wyjątkowo niekorzystny. Dla złodzieja to kilkaset złotych za metal, dla operatora nawet kilkanaście tysięcy złotych strat, a dla kierowcy – kolejna niedostępna ładowarka i konieczność szukania alternatywnego punktu.
Ładowarki będą potrzebowały dodatkowych zabezpieczeń
Wraz z rozwojem sieci szybkiego ładowania problem może stawać się coraz bardziej kosztowny. Operatorzy mogą być zmuszeni do inwestowania w monitoring, dodatkowe zabezpieczenia przewodów i rozwiązania utrudniające ich szybkie odcięcie.
Sprawdź: Polska daleko w tyle. Nowe dane pokazują, jak naprawdę wygląda rynek aut elektrycznych
Dla użytkowników samochodów elektrycznych oznacza to, że niezawodność infrastruktury będzie zależeć nie tylko od liczby dostępnych ładowarek, ale również od ich ochrony przed wandalizmem i kradzieżami. Im większa będzie sieć, tym większe znaczenie będzie miało zapewnienie, że działająca ładowarka rzeczywiście będzie dostępna wtedy, gdy kierowca jej potrzebuje.