Auta elektryczne mogą kosztować Polskę 9 mld zł rocznie. Problem rośnie szybciej, niż zakładano
Polski budżet może tracić nawet 9 mld zł rocznie wraz ze wzrostem liczby aut elektrycznych. Źródłem nie jest jeden podatek, lecz odpływ wpływów z całego łańcucha danin od paliw. Już 10-procentowy spadek sprzedaży oznaczałby ubytek przekraczający 9 mld zł. Taki trend zapowiada presję na nowe podatki i opłaty uderzające w kierowców i firmy transportowe.
Największy problem polega na tym, że obecny system finansowania infrastruktury drogowej w dużej mierze opiera się właśnie na paliwach kopalnych. Każdy litr benzyny i diesla zasila budżet poprzez akcyzę, VAT, opłatę paliwową i emisyjną, a wraz ze wzrostem liczby samochodów elektrycznych ten strumień pieniędzy zaczyna wyraźnie maleć. Eksperci podkreślają, że luka nie będzie dotyczyć wyłącznie państwowej kasy, ale także funduszy przeznaczanych na drogi i transport.
Nawet 9 mld zł mniej dla budżetu. Elektryki zaczynają uderzać w system podatków od paliw
Rosnąca liczba samochodów elektrycznych może w kolejnych latach mocno odbić się na finansach państwa. Według analiz już 10-procentowy spadek sprzedaży paliw oznaczałby ubytek przekraczający 9 mld zł rocznie. Problem nie dotyczy jednego podatku, lecz całego systemu wpływów opartych dziś na benzynie, oleju napędowym i LPG.
Budżet traci nie tylko na akcyzie
Każdy litr paliwa sprzedawany w Polsce zasila budżet wieloma daninami jednocześnie. W cenie benzyny i diesla znajdują się akcyza, opłata paliwowa, opłata emisyjna oraz VAT naliczany także od wcześniej doliczonych podatków. Dzięki temu rynek paliw pozostaje jednym z najważniejszych źródeł dochodów państwa.
Szacunki pokazują, że wpływy związane z paliwami mogą sięgać dziś nawet 100 mld zł rocznie. Dlatego nawet stosunkowo niewielki odpływ kierowców od dystrybutorów szybko zaczyna być odczuwalny dla finansów publicznych.
Sprawdź: Boom na auta elektryczne w UE. Polska notuje rekordowy skok rejestracji
Największe znaczenie ma olej napędowy, który odpowiada za około 58 proc. rynku paliw w Polsce. Diesel pozostaje podstawą transportu ciężkiego i logistyki, a więc segmentów generujących największe zużycie paliwa i najwyższe wpływy podatkowe.
Dlaczego auta elektryczne są problemem dla obecnego systemu?
Wraz z rozwojem elektromobilności państwo stopniowo traci kontrolę nad dotychczasowym modelem poboru opłat. Ładowanie auta elektrycznego może odbywać się w domu, w pracy albo z instalacji fotowoltaicznej, co utrudnia objęcie energii podobnym systemem podatkowym jak paliwa płynne.
To właśnie dlatego elektryki stają się dla fiskusa nie tylko wyzwaniem technologicznym, ale przede wszystkim finansowym. Energia wykorzystywana do ładowania jest dziś opodatkowana znacznie słabiej niż benzyna czy diesel, a skala wpływów pozostaje nieporównywalnie mniejsza.
Eksperci podkreślają, że obecny model finansowania dróg i infrastruktury transportowej został zbudowany wokół paliw kopalnych. Im szybciej będzie spadać sprzedaż benzyny i diesla, tym większa stanie się presja na stworzenie nowego systemu opłat dla kierowców.
Nowe podatki dla kierowców? Kilka scenariuszy już wraca w dyskusjach
W debacie coraz częściej pojawiają się trzy możliwe kierunki zmian. Pierwszy zakłada dodatkowe opłaty za ładowanie samochodów elektrycznych. Drugi opiera się na podatku zależnym od liczby przejechanych kilometrów, niezależnie od rodzaju napędu. Trzeci scenariusz to wyższe opłaty rejestracyjne lub nowe daniny związane z użytkowaniem pojazdu.
Najbardziej prawdopodobny wydaje się model związany bezpośrednio z eksploatacją auta. Dla państwa oznaczałby on możliwość odzyskania części wpływów utraconych wraz ze spadkiem sprzedaży paliw.
System rozliczania według przebiegu mógłby dodatkowo objąć wszystkie rodzaje napędu i przenieść ciężar opodatkowania z paliwa na sam fakt korzystania z dróg. To rozwiązanie szczególnie mocno odczułyby firmy transportowe i kierowcy pokonujący duże dystanse.
Przeczytaj: Stellantis szykuje tani samochód elektryczny za 15 tys. euro. To odpowiedź UE na chińskie auta
Koniec części przywilejów dla elektryków
Zmiany mogą objąć nie tylko podatki. Wraz ze wzrostem liczby aut elektrycznych coraz częściej wraca temat ograniczenia obecnych przywilejów, takich jak darmowe parkowanie czy możliwość jazdy buspasami.
Dla kierowców oznacza to możliwy koniec okresu, w którym elektromobilność była wyraźnie uprzywilejowana fiskalnie i administracyjnie. Z kolei dla firm transportowych nowe opłaty mogą oznaczać wzrost kosztów działalności i presję na podnoszenie cen usług.
Szukasz nowego samochodu w leasingu? Poznaj ofertę Superauto.pl
Jedno staje się coraz bardziej oczywiste: jeśli udział aut elektrycznych będzie szybko rósł, obecny system finansowania dróg i transportu w Polsce będzie wymagał gruntownej przebudowy.