Małe auta zagrożone? Stellantis chce zmian w UE i stawia Brukseli cztery warunki
Stellantis postawił Brukseli cztery twarde warunki i zapowiada, że bez ich spełnienia europejskie fabryki mogą wstrzymać produkcję najmniejszych aut oraz lekkich pojazdów użytkowych. W grę wchodzi nie tylko ochrona marż, lecz także utrzymanie dostępnej oferty miejskich samochodów i furgonów dla małych firm.
Postulaty dotyczą tempa transformacji dostawczaków, rozliczania małych elektryków, zasady Made in Europe oraz długiej stabilności przepisów, co bezpośrednio wpływa na opłacalność produkcji w UE.
Koncern nie chce całkowitego zatrzymania transformacji, ale domaga się bardziej elastycznego podejścia. Według Stellantisa przepisy powinny uwzględniać realia rynku i różnice między samochodami osobowymi a pojazdami wykorzystywanymi zawodowo.
Cztery postulaty Stellantisa wobec Unii Europejskiej
Pierwszy dotyczy lekkich samochodów użytkowych. Stellantis przekonuje, że elektryczny dostawczak nie może być traktowany dokładnie tak samo jak samochód osobowy. Furgon musi przewozić ładunek, pracować przez wiele godzin dziennie i zapewniać przedsiębiorcy przewidywalność działania.
Problemem jest przede wszystkim masa akumulatorów. Cięższy pakiet zmniejsza ładowność, a długie ładowanie może zaburzać harmonogram pracy firm transportowych i usługowych. Dlatego koncern chce wolniejszego przejścia na elektromobilność w tym segmencie.
Sprawdź: Stellantis ujawnił rewolucyjny koncept. Tak mogą wyglądać dostawy przyszłości
Drugim postulatem są korzystniejsze zasady dla małych samochodów elektrycznych produkowanych w Europie. Stellantis chce, aby takie modele były lepiej uwzględniane w systemie rozliczania emisji CO2 całej gamy producenta.
Nie oznacza to bezpośredniej obniżki ceny dla klienta, ale może ułatwić utrzymanie w sprzedaży niewielkich i tańszych modeli elektrycznych. W przeciwnym razie producenci mogą skupiać się na większych SUV-ach, gdzie łatwiej pokryć koszty nowych technologii.
Trzeci punkt dotyczy europejskiego łańcucha dostaw. Stellantis proponuje zasadę 70:70, według której producenci powinni mieć 70 proc. sprzedaży w UE oraz 70 proc. wartości tych samochodów wytworzonej na terenie Unii.
Celem jest premiowanie firm, które rzeczywiście inwestują w europejskie fabryki, rozwój technologii i lokalnych dostawców, a nie tylko importują gotowe samochody.
Czwarty postulat jest związany ze stabilnością przepisów. Stellantis chce co najmniej 10 lat przewidywalnych regulacji. Według koncernu częste zmiany prawa utrudniają planowanie nowych modeli i zwiększają ryzyko kosztownych inwestycji.
Dlaczego małe auta są najbardziej zagrożone?
Problem nie polega na tym, że kierowcy przestali potrzebować małych samochodów. Chodzi przede wszystkim o ekonomię.
Każda nowa regulacja dotycząca bezpieczeństwa, oprogramowania, cyberbezpieczeństwa czy emisji generuje dodatkowe koszty. Dla dużego SUV-a za kilkadziesiąt tysięcy euro są one łatwiejsze do ukrycia w cenie końcowej. W przypadku małego auta miejskiego każdy dodatkowy wydatek ma znacznie większe znaczenie.
Stellantis zwraca uwagę, że od 2019 roku europejski rynek stracił około 3 mln samochodów rocznie, a duża część spadku dotyczy właśnie najmniejszych modeli i lekkich pojazdów użytkowych.
Jeszcze kilka lat temu oferta nowych aut za mniej niż 15 tys. euro była znacznie większa. Dziś takich samochodów jest coraz mniej, a producenci coraz częściej wycofują najtańsze konstrukcje.
Superkredyty mają pomóc małym elektrykom
Jednym z pomysłów na utrzymanie tańszych samochodów elektrycznych w Europie są tzw. superkredyty.
Nie są one dopłatą dla klientów, lecz mechanizmem rozliczania emisji. Producent może dzięki nim korzystniej uwzględniać sprzedaż małych samochodów elektrycznych w swojej średniej emisji całej gamy.
Rozwiązanie ma zachęcać marki do dalszej produkcji modeli takich jak Citroen e-C3 czy Fiat Grande Panda, zamiast koncentrować się wyłącznie na większych i droższych samochodach.
Na takim mechanizmie mogłyby skorzystać także Renault, Dacia, Volkswagen czy Skoda, które nadal mają silną pozycję w segmencie małych aut.
Zasada 70:70 może zmienić układ sił
Propozycja Stellantisa dotycząca europejskich komponentów może być jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów całej dyskusji.
Najwięksi europejscy producenci, tacy jak Stellantis, Renault i Volkswagen, mają rozbudowane fabryki oraz sieć dostawców w UE, więc łatwiej byłoby im spełnić takie wymagania.
Większe problemy mogłyby mieć marki, które opierają sprzedaż w Europie na produkcji poza Unią, szczególnie część chińskich producentów.
Z jednej strony taki system chroniłby europejski przemysł i miejsca pracy. Z drugiej mógłby ograniczyć konkurencję i utrudnić wejście na rynek firmom korzystającym z globalnych łańcuchów dostaw.
Zobacz również: Stellantis, BMW i Volkswagen ogłosiły wspólny projekt. To może zmienić samochody
Co zrobi Bruksela?
Komisja Europejska już analizuje część podobnych rozwiązań. Wśród rozważanych zmian znajdują się większa elastyczność dla dostawczaków, nowe zasady rozliczania emisji oraz wsparcie dla małych elektryków.
Nie wiadomo jednak, czy Bruksela zaakceptuje wszystkie oczekiwania Stellantisa. Szczególnie trudna może okazać się kwestia preferowania produkcji europejskiej, ponieważ wymagałaby pogodzenia interesów wielu producentów i państw.
Jeżeli Unia zdecyduje się na większą ochronę lokalnej produkcji, największe europejskie koncerny mogą zyskać dodatkowe wsparcie. Jeśli regulacje pozostaną bez większych zmian, presja na małe auta i dostawczaki będzie nadal rosła.
Od tych decyzji może zależeć, czy tanie samochody pozostaną częścią europejskiego rynku, czy stopniowo ustąpią miejsca droższym modelom oraz importowi spoza UE.